Włosi maja dobrego trenera stratega, ale zarazem i trenera pielgrzyma. Zadbał nie tylko o świetne przygotowanie swoich piłkarzy do turnieju, ale także wytrwale się za nich modlił. W czasie pobytu kadry „azzuri” w Krakowie Cesare Prandelli, zamiast spać sobie smacznie w hotelu, odbył dwie piesze pielgrzymki do klasztoru kamedułów na Bielanach i Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, zrywając się za każdym razem z łóżka wcześnie z rana. Nie przejmował się przepisami UEFA, zabraniającymi eksponowania swojej wiary. Był po prostu sobą – człowiekiem wiary, który wie, że nawet najlepsze przygotowanie, technika, ludzkie wysiłki mogą zawieść. Potrzeba pokory na drodze do zwycięstwa, a tej uczy się człowiek nie w świetle kamer, ale w ciszy i skupieniu, analizując swoje błędy, szukając sposobu na przezwyciężenie własnych słabości. Prandelli podczas Euro 2012 kroczył pielgrzymią drogą pokory, Panu Bogu zawierzył sukces swojej drużyny i się nie zawiódł. Dodać należy, że włoski selekcjoner kroczył do krakowskich sanktuariów z wiceprezesem włoskiej federacji futbolowej Demetriem Albertinim (którego brat jest księdzem), resztą sztabu i ochroniarzami. Trudno mi jest wyobrazić sobie działaczy PZPN-u na pielgrzymim szlaku, a niewątpliwie przydała by im się taka lekcja pokory. W każdym razie „nasi” póki co ogłaszali wszem i wobec, że EURO jest od zabawy. No to się pobawili.
Zimny prysznic po szczytowaniu
1 dzień temu